
4 dni, 4 metody, 4 zakręconych
San O.S. 9-12.06.2016
Ludzie
Każdy z nas podąża swoją własną wędkarską drogą. Czego innego szuka, o czym innym marzy gdy bierze wędki nad wodę. Te drogi krzyżują się czasem w zupełnie niespodziewanych miejscach, łączą ze sobą ludzi, którzy w codziennym świecie przechodzą obok siebie obojętnie, nieświadomi wspólnej pasji.
Czterech pancernych bez psa to miks, którego nie powstydziłby się żaden szaman przygotowując eliksir „udanego wyjazdu”. Na pierwszy rzut oka jakaś klęska towarzyska:
- 95kg ułożonego ojca rodziny, zafiksowanego na punkcie wędkarstwa, z ogromnym deficytem czasu: Popuś,
- 99kg młodego gniewnego, ryby kradną mu każdą wolną chwile: Ożóś,
- 130kg pomieszania z poplątaniem, muchy kręciłby najchętniej wszędzie i zawsze: Majuś,
- 82kg hybrydy, siebie opisać najtrudniej bo i nie do końca wiadomo czego w wodzie szukam: Szugaruś.
Każdy z innej „parafii”, w przenośni i dosłownie (Ożóś pzdr. ;)), na innym etapie życia. Meldunkowo szanse wyrównane: 2 gwiazdy Ziemi Bielskiej i 2 Sosnowieckiej. I to właśnie z Beskidzkiej strony mocy zaczęła się ta bajka, wyruszyła w kierunku Zagłębia zaraz po pracy w czwartek.
Pierwszy przystanek, połączenie sił i zmiana jeździdła na coś bardziej pakownego, przecież Majowemu wszystko się może przydać…

Trasa
Jak mogłoby być inaczej. Fucha kierowcy na wyprawach wędkarskich to prawdziwa szkoła cierpliwości. Start to entuzjazm, dobre humory, niezłe dialogi… Z każdym kilometrem świat zmienia się wprost proporcjonalnie do spożycia. W połowie drogi pojawiają się pierwsze oznaki zniecierpliwienia, im trasa dłuższa tym bardziej prawdopodobne, że w głowie pojawi się wizja morderstwa współtowarzyszy. Z sosnowieckiego przystanku mieliśmy 320 km. Szczęście, że po drodze ciśnienie szofera po mistrzowsku rozładowała garażowa impreza u Darka, jednogłośnie okrzykniętego Najfajniejszym Gościem z Podkarpacia.


Czasy mamy takie, że ze świecą szukać ludzi, którzy pomogą, a jak już pomogą to bezinteresownie. To jedna z szarości współczesnego muszkarstwa, jego NOWY WYMIAR. Razi szczególnie w porównaniu z innymi metodami. Flyfishing dla człowieka spoza środowiska to pasja, wokół której zbudowano otoczkę trudnej technicznie, drogiej, elitarnej... Biznes na tym korzysta, muszkarstwo sporo traci i potrafi zniechęcić.
Kwatera i licencje
Z Sanoka do celu dzieliły nas już tylko dwa przystanki, przynajmniej taką mieliśmy nadzieję. Pierwszy z nich to odbiór licencji. I tu warto zatrzymać się na chwilę bo choć to dopiero początek przygody to tylko 0,5 cm drobnych kości dzieliło nas od jej końca… Nie wiem co mówią Prawa Murphy'ego na temat zamykania drzwi samochodu przez nawalonych pasażerów ale pewnie przewidziały taką sytuacje. My nie.
Auto - Renówka w wersji bus z tylnymi drzwiami przesuwnymi. Z przodu koło kierowcy całą drogę 2 metry Piotra. W tylnym rzędzie grzeczny jak zwykle Bart i nawalony też standardowo Ożujsko. Licencje odebrane w kieszeniach, radość jest bo teraz już wszystko od nas zależne załatwione. Wsiadamy do auta i nagle z tyłu słychać falset kogoś, kto próbuje z całych sił krzyknąć jednocześnie zaciskając zęby i nabierając powietrza. To taki „niemy krzyk” na odcięciu… „Mądra inaczej” nasza grupowa maskotka Ożóś wsiadając do auta chwycił za słupek między drzwiami a Maju nic nie podejrzewając zamknął swoje przednie. Kanapka stal-dłoń-stal to ostania rzecz jaka była nam potrzebna. Jeszcze ciekawsze były nasze reakcje. Majonez z promilami zanim włączył kojarzenie i łaskawie otworzył minęło dobre parę sekund. My z Popkiem przyzwyczajeni, że w tej grupie robi się jaja z wszystkiego i zawsze myśleliśmy, że to żart. Uff… Jak śpiewał jeden z polskich zespołów „gdy emocje już opadną”, na całe szczęście po pijaku Polakom włącza się nieśmiertelność. Tak było i tym razem. Dłoń jakimś cudem cała. Jedziemy dalej.
Z miejscem do spania w okolicach OS jest jak jest. Mało, w większości daleko do wody, jak już znajdzie się znośne lokum to cena nie da się lubić. Aaaaaa i tu Maju łobuz spisał się na medal! Nie dość, że domek ma wszystko co człowiekowi trzeba a nawet więcej to jeszcze właściciele chyba tylko duchem obecni. Po przyjeździe klucze na nas czekały w drzwiach, pościel w łóżkach, prąd w gniazdkach. Sympatyczną Panią domu było nam dane zobaczyć w minucie wyjazdu i uregulowania należności…
Wypakowani, śpimy. Ambitny plan zakładał wyjście nad wodę o 04:00. O 04:00 rano!!!!!! To oznaczało maksymalnie 3 godziny snu. Motywacja by się przydała. Wystarczyło 5 minut z telefonem i kilka wyników w wyszukiwarce z OS’owymi lipieniami…
Zatrzymać czas
W końcu. Prawie kwartał oczekiwania. Dyskusje w grupie, często kompletnie nie związane z tematem. Zakupy, szukanie wzorów przynęt. Przejrzenie historii grupowego chat’u zabrałoby chyba więcej czasu niż sam wyjazd. Zaczyna się. Yeeeah!!!
Jak mogło być inaczej. Dwóch patoli-pijaków o 04:00 miało prawdopodobnie więcej promili w organizmie niż szarych komórek. Jakimi sposobami próbowali dojść do siebie to niech zostanie tajemnicą. Ujawnić tylko można naprawdę ciężki do opisania „odgłos paszczą” Wojtka, ale na tyle trudny do opisania, że pozostaje mi odesłać zainteresowanych do krakowskich akademików w dniu po Juvenaliach. Udało się połowicznie, Ożóś po bliskim spotkaniu z wątrobą i dzięki tej aferze z palcami przyspieszył metabolizm, udało mu się wyjść z kwatery choć jak się później okazało nie na długo. Maju padł. Nie napiszę „jak kawka” bo to nie ta skala mięcha. Po raz kolejny okazało się, że nawet jak ktoś ma ciała morze jak przesadzi to tylko czas pomoże. Czas kazał mu zaczekać w pozycji horyzontalnej. 
No to we trzech do auta jak szlachta bo choć na rzekę 500 metrów z górki to powrót już nie byłby taki przyjemny. Na szczęście jeszcze w nocy klucząc w poszukiwaniu adresu dostaliśmy szybki instruktarz gdzie zaparkować i mniej więcej, w którym kierunku jest „woda obiecana”.
Jeessss, szuuummmi. Mokra, zimna. Czym ci ludzie się podniecają. Że niby najlepsze łowisko w Polsce, że jedno z najlepszych lipieniowych w Europie. Nie no, szczerość wymaga cudze pochwalić: i szeroko, i dziko, i kolorowo. PrzePięknie. Ale oko ludzkie ma jedną wadę. Echosondą nie jest. A dla nas ważne nie co nad wodą a zdecydowanie co w niej samej.
Nie wiem jak reszta ale ja jechałem z jednym założeniem. Pal sześć wyniki. Ma być tak, żeby palce z chęcią wystukały na klawiaturze słowa relacji po powrocie. Nasłuchałem się aż nadto jakie te ryby na Sanie mądre i przebiegłe. Jak to trzeba podawać z dokładnością Religi i subtelnością pędzla Rembrandt’a. Z muchówką w dłoni od lat dwóch to mogę konie poganiać a biczowanie wody nabiera w moim przypadku dosłownego znaczenia. Do tego potencjalne kłopoty z pogodą i nie daj los zrzutami wody z zapory to lepiej nie nastawiać się na „wielkie branie”.
Jak było, ludzie mili… NOWY WYMIAR. Jak to? Coś takiego jest możliwe u nas w kraju? Ryba dzika, presja spora. Licencji w sezonie prawie już nie ma. To recepta raczej na klęskę, przynajmniej według powszechnej opinii wędkarzy. A jednak da się prawie bez zarybień? Da się bez zabierania?
Dla mnie, wędkarza młodego stażem jest to model jaki powinno się wprowadzać w każdym sprzyjającym łowisku na terenie całej Polski. W głowie widok Soły i jej potencjał. A zaraz potem ciśnienie jak u babci po Amolu bo dochodzi do człowieka efekt działań gospodarza wody, wędkarzy, mieszkańców, melioracji itd. Czyli beskidzka pustynia. Ale nie o tym teraz bo głowa rozboli jak Majowego po przebudzeniu.
Zaczynamy łowić w miejscu o nazwie „Eldorado”. Pasuje jak ulał choć z początku nic na to nie wskazywało. Brakujące ogniwo dogorywało w pościeli a my jak „pijane dziecko we mgle” nie wiedzieliśmy jak się do tego zabrać. Można powiedzieć, że bez Majoneza jak bez ręki.
Ale… Mały sukces. Pierwszy ryba wyjazdu, nie chce być inaczej: Szugar. Po mojej prawicy słychać plusk i Ożóś też premierowego lipasa ma zaliczonego. Zaraz potem stwierdził, że życie o tej porze dnia nie ma najmniejszego sensu i poszedł w objęcia Morfeusza do samochodu. Na linii frontu Bart, człowiek niezłomny, jakby się dało to wychodziłby z wody maksymalnie na „jedną Gołotę” i łowił do ostatniej muchy. Ja z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony jestem śpioch i chętnie bym zaliczył małą drzemkę ale jako abstynent miałem przewagę energetyczną i oczywiście ten ogrom miejscówek kusił jak numery byłych po pijaku.
Co się działo później? Frycowe trzeba było zapłacić, Bart pod więzieniem stracił kilka naprawdę poważnych ryb. Mnie udało się wyjąc lipasa z 4’ką z przodu. NOWY WYMIAR. Wynik życiowy bo o jego wnuczkach z Soły nie warto wspominać. Woda powierzchniowo martwa więc królowały pedałki, tym razem z żywym zielonym akcentem. Na tzw. "Przeprawie" łowię lipienia za lipieniem ale wszystko małe. Popek „dobrodził” z okolic więzienia widząc, że mam sporo brań i pochwalił się fajnymi pstrągami… Niestety pstrągami bo od samego początku zaznaczał, że tylko kardynały są w stanie wywołać uśmiech na jego twarzy.


Głowa do góry. Na horyzoncie pojawia się jedna z wież kościoła Mariackiego, lekko chwiejna. Ta wyższa. Zaraz za nią z auta wypada druga, proporcje ma lepsze ale konserwator też by się przydał. Znaczy jest dobrze, nasz nieformalny przewodnik wrócił do żywych, coś poradzi i się zacznie…
Głowa
Zaczęło się ale z opóźnieniem. Przed obiadem "Eldorado" jeszcze skąpiło choć Maju z Ożósiem coś tam powyjmowali. Nie była to jednak ryba za rybą. Decyzja jednogłośna, trzeba coś wrzucić na ruszt, ściągnąć śpiochy choć na chwilę i naładować akumulatory bo dni rozpieszczają długością, letnie przesilenie. Popołudniu zgodnie za zakręt "Eldorado" "Pod Skocznie". Pada kolejny mit. Razem z Popkiem ładujemy się w sam środek miejscówki, rybom na głowy. Reszta rozciąga się po płani nieco subtelniej ale o jakiś podchodach można zapomnieć, krzyki, śmiechy i z każdą kolejną rybą coraz większa pewność siebie.
W tym miejscu mam dylemat o czym najpierw napisać. Czy o szczęściu człowieka czy o jego braku. Oba oddalone od siebie o maksymalnie 15 metrów. Jedno ma do końca tego dnia kilka poważnych ryb, lipienia grubo ponad 4kę i pierwszą w życiu GŁOWACICE. Drugi ma spad za spadem i nerwy jak kibice szczypiornistów w końcówkach. Trzeba oddać Popkowi, że biedaczek stracił kupę czasu jako nadworny podbieracz i fotograf… Ale… Spad, to słowo już na zawsze będzie w zestawie dyżurnych drwin pod jego adresem, oczywiście to nieważne, że bezpodstawnych… 






Połowiliśmy, wyciągnęliśmy wnioski, zaplanowaliśmy kilka rzeczy na wieczór i dzień następny…
Presja
Pierwszy wieczór mimo, że bilans energetyczny mocno na minusie oczywiście nie mógł się skończyć inaczej. Szczególnie jak się pojawiają goście. Darek z Krzyśkiem przyjechali w chwili naszego wyjścia z wody. Razem dotarliśmy na kwaterę. Plan był taki żeby „napić się trochę wódeczki, potem wpadną dupeczki. Albo odwrotnie”. 50% wykonane. Kobiety były nam tam potrzebne tak jak dietetyk w Etiopii. Do tego oczywiście obowiązkowy grill i kolejny odcinek z cyklu „Rozmowy Polaków przy kielonku”.
Można się było spodziewać efektu domina i tak po kolei, z małymi wyrzutami sumienia, ale bezsilni w walce z organizmem włączaliśmy tryb uśpienia. Do snu układał nas troszkę niepokojący dźwięk kropel uderzających w dość szybkim rytmie o szyby okna...
Po deszczu śladu brak. Pobudka znów i znów walka z samym sobą czy godzina w tą czy w tamtą coś zmieni… Wstajemy. Dzisiaj w planach „Druty”. Jeśli ktoś kojarzy to już widzi tą płań, długą na kilkaset metrów, szeroką, magiczną. Dojechać do niej można na dwa sposoby. Albo przez wodę czego nasza Renówka mogłaby nie przeżyć albo nadkładając kilkadziesiąt kilometrów. Taki urok tej części Polski. Dróg mało. Mostów jeszcze mniej. Czas zwalnia, ludzie mają dystans do świata i jego mody na sukces. To jeszcze bardziej wzmacnia doznania wędkarskie. Człowiek zostaje sam na sam z naturą i jej pozornym chaosem.
My wybraliśmy bramkę nr 3 czyli napęd nożny. Spacer w porannej mgle, przy odgłosach ptactwa, po świeżych śladach zwierząt. Bajka. NOWY WYMIAR.



Już było dobrze a gdzie tam dopiero do montowania zestawów. "Pod Drutami” podział na dwie drużyny. Ja wychodzę z założenia, że jakbym chciał iść na siłownie to niekoniecznie brałbym wędki ze sobą. Dlatego na sam widok Majoneza, który potrafił cały dzień orać rzekę #9 miałem zakwasy. Sprzęt powyżej 5-6# to jest coś czego w muszkarstwie nie rozumiem i się na to nie piszę. W tym zakresie jestem i będę korbiarzem. Jak już wcześniej wspomniałem, Popka zainteresowanie celowym łowieniem głowacicy również były bliskie zeru. Za to na ciemną stronę mocy przeszedł Padawan Ożóś zachęcony swoim wczorajszym sukcesem. Razem z rycerzem Majowym podreptali w mglistą otchłań na dołki kończące płań "Pod Drutami". Mnie się włączył czilałt i zanim na dobre zacząłem łowić kwadrans byłem sam na sam ze sobą i bieszczadzkim cudnym porankiem. Może dlatego nie przejąłem się zbytnio naszym późniejszym wynikiem. Uczciwie pisząc nie złowiliśmy nic wartego uwagi aż po sam koniec płani gdzie na zakręcie Popuś wyholował pięknego pstrąga.




Tym sposobem znów grupa połączyła siły, wychyliła po puszce napoju chmielowego i zrobiła transfer danych. Efekty niestety mizerne po obu stronach. W tym miejscu trzeba dodać, że jest jedna zasada wspólnego wędkowania z Piotrem M. Choćby na końcu świata on zawsze ma ze sobą minimum sześciopak. Przy swoich gabarytach ma gdzie to i nosić i schować ale większości z nas już sam sprzęt ciąży i ograniczamy go do minimum a tu 3 kg samego browca to obowiązek na równi z przyponówkami.
Jest taka sytuacja nad wodą, której nie mogę zrozumieć i nie znajduję dla niej usprawiedliwienia. No dobrze. Znajduję w przypadku ludzi początkujących ale to w większości dotyczy wędkarzy doświadczonych, pokuszę się o stwierdzenie, że jest to działanie z premedytacją. Mowa o pakowaniu się innemu prosto w miejscówkę. Kto, gdzie i komu to w tym momencie jest najmniej istotne. Ważniejsze jest, że przy tak dużej presji nad wodą czasem nie da się tego uniknąć. Jak we wszystkim można wtedy zachować się jak warzywo będące „podstawą barszczu czerwonego” albo zwyczajnie zapytać czy ten pierwszy w wodzie nie ma nic przeciwko. Nie dość, że od razu tworzy to inną atmosferę, zbliża ludzi, to jeszcze nie naraża nas na ładowanie się prosto na głowę ewentualnej „Głowy” bo daje szanse ostrzeżenia od łowiącego…
Podziały
Drzemka nad wodą, grill, dezercja, NOWY WYMIAR. W tych paru słowach można opisać pozostała część dnia.
W pierwszej kolejności poległem na brzegu. Oczy zamknęły się same i nie było jak walczyć. Maju niezmordowany próbował skusić „królową Sanu”.
Popek z Wojtkiem stwierdzili, że "Eldorado" gwarantuje efekty i oddalili się z nadziejami na kolejne życiówki, lub spady ;). Mnie dopiero mały głód wyrwał z letargu i wspólnymi siłami zaczęliśmy makłowiczowanie. Smak kiełbasy pieczonej metr od spławiających się głowacic… Polecam zdecydowanie. Na posiłek dał się namówić tylko Wojtek. Bart miał nam dziś po raz kolejny pokazać jak wykorzystać każdą sekundę dniówki. Jak Mercedes 124, stary ale jary. To nic, że zdrowy rozsądek mówi idzie burza. Masz odgrom w dłoni. Eeee, babskie gadanie. Bez wątpienia tym razem mu się opłaciło. W czasie kiedy nad naszymi głowami dach kwatery zbierał kolejne efekty deszczu Popuś poprawiał lipeniową życiówkę. I tak razy 5. Należało mu się bez dwóch zdań.




Nie dałem rady, dezercja popołudniowa musiała nastąpić a nawet przeszło mi przez myśl odpuścić do końca dnia. Tym sposobem jak tylko przejaśniało tylko dwóch odważnych poszło szukać rekordów. Wrócili już w komplecie. W świetnych nastrojach, z opowieści wynikało coś nie do pomyślenia na wodach innego okręgu choć według Majowego bez rewelacji na Sanie. Wystarczająco zmotywowany ich wynikami stwierdziłem, że warto się ruszyć i już po chwili starałem się podać suchą „Pod Więzieniem”. Początkowo efekty nie były powalające, raz po raz widziałem tylko ogromny cień, który ucieka mi spod nóg. Jednak z haka zdejmowałem co najwyżej wodną zieleninę. Nie wiem czy to kwestia pory dnia czy innych czynników, których nie umiem określić. Może zmiana muchy, choć z tym raczej ostrożnie. Zaczęło się . I tak kilkanaście razy według stałego scenariusza… Rzut. Emerger na wodzie, oliwkowy tułowik…. Skupienie… Zbiórka!!! Siedzi. Jak na taką delikatną zbiórkę to coś za duży opór. Hmm… Do podbieraka.
Nie ma chyba piękniejsze ryby w naszych wodach. Osobiście bardzo mi się podobają okonie. Ale lipień jeszcze z 5’tką z przodu to już prawdziwe dzieło sztuki w wykonaniu matki natury. Mieszane uczucia towarzyszą mi nad wodą zawsze. Z jednej strony ta pasja uczy szacunku do zwierząt. Zbliża każdego mieszczucha jakim jestem z wszystkim co jest w betonowym świecie traktowane jak intruz. Większość małych dzieci wychowywana jest w przeświadczeniu, że robak to zło konieczne i najlepiej jak skończy na podeszwie „Kubota”. I nagle razem z wędką w dłoni pojawia się świadomość. Świadomość wspólnoty istnień i tego, że to ma głęboki sens. Każde żyjątko mimo, że czasem upierdliwie bzyczy nam nad uchem jest istotnym elementem układanki. I to jak mówi klasyk to są plusy dodatnie. Jednak za każdym razem gdy uwalniam wyczerpaną i zestresowaną rybę, bywa że będącą na granicy życia i śmierci mam zgoła inne myśli. Ja wiem, że i tak połowa sukcesu bo jednak wypuszczam. Tylko czy dlatego, że ryby „głosu nie mają” to można je delikatnie mówiąc bezkarnie męczyć. Nie spodziewam się, żeby było tak wielu chętnych na bezkrwawe polowania w przypadku innych zwierząt mających zdolność wydawania dźwięków. Na razie mój osobisty bilans ma przewagę po stronie haczyka ale czy tak będzie zawsze to nie jestem przekonany… Już na pewno staram się ograniczyć stres naszym wodnym przyjaciołom nawet w kwestiach uwieczniania „zdobyczy”. Zdjęcia z połowów robię sporadycznie a jeśli już to w trybie pendolino co polecam np. panom przewodnikom wędkarskim fotografującym po x razy te same ofiary…
No to łowię. Łowię do samej szarówki. O tej porze roku to już pod 22:00. Zmęczony ale spełniony wracam do chłopaków. Obowiązkowa relacja i znów imadła na stół. 3 osoby w naszym gronie mają pojęcie o kręceniu. Jak można się domyślić czwarta to Maju. Oczywiście żart. Próbuje czasem coś tam zrobić. Życiowy fart postawił na mojej drodze fajnych ludzi z dużą wiedzą w tym zakresie ale to jedna z tych dziedzin, na które potrzeba czasu i wielu ścięć. Jak na razie efekty nadają się na konkurs „Mucha inaczej”. Na szczęście było komu albo podkradać, albo brać na litość albo próbować przekupstwa robiąc kolacje. Wieczór do pozazdroszczenia, w tv polska komedia, w szklankach chmiel, w imadłach haki, w głowach nadzieja na jutro…






Polska Biało Czerwoni
Czasy się zmieniają. Dostępność towarów, sklepy stacjonarne i w sieci. Codzienne dostawy w dowolne miejsce Polski. Poza tym dostęp do informacji, wielorakość sposobów komunikacji. To wszystko z jednej strony upraszcza nam życie ale powoduje też, akurat jeśli chodzi o naszą pasje, że rybę coraz trudniej przechytrzyć jeśli nie jest aktywna. Trzeci dzień to miejsce powszechnie znane. Znane a co za tym idzie oblężone każdego dnia można powiedzieć w pierwszej kolejności. Wiata Vision. Mieliśmy się tam zameldować bladym świtem właśnie ze względu na presje. Opowieści o ogromnych lipieniach i pstrągach zna chyba każdy muszkarz w Polsce. A u nas? 3 do 1-go. Trzech muszkieterów zawitało tam po raz pierwszy a Maju? Maju z założeniem naszego kolegi Żurawia ”albo grubo albo wcale” zacumował przy ławce "Pod Skałą" i rozpoczął trening każdego szanującego się strongmana czyli wymach szlabanem kolejowym z kablem energetycznym, na którego końcu zawieszał perukę Violetty Villas. I tak cały dzień albo jak kto woli do końca sześciopaka.
Przy wiacie można powiedzieć potwierdza się zasada czarnej owcy. Nie ma chyba środowiska, w którym nie znalazłoby się jakiegoś bęcwała. Fajne miejsce, przygotowane przez ludzi dla ludzi ale jakieś prosie się pewnie zabłąkało i zapomniało o swoich śmieciach. Przywlec ze sobą browar czy pizze umie ale zabrać śmieci po spożyciu to już za dużo. Trudno. Świata nie zmienisz, bo niektórzy tylko kij uznają nie widząc marchewki a kij niestety nie jest wszechobecny.
W trójkę ustawiliśmy się tuż na początku pierwszej wyspy. Zero aktywności na powierzchni to i „pedałki" lub jak kto woli „ożósie” w ruch. Z zielonym akcentem nidyrydy (tłumacz. admin: nie da rady). Z pomarańczowym nidyrydy. Wojtek założył po cichu niklowaną główkę i szary tułowik, taki maluch na 18 haku. Na oko do pominięcia przy otwarciu pudełka. I pyk siedzi.
Oczywiście oczy kota ze Szreka działają i dostałem podobną. Akurat zamieniliśmy się miejscami z Popkiem i pyk.. siedzi.


Czy w sanie są lipienie poniżej 40 cm ;) ? Można się śmiać ale tak było rzeczywiście, że w miejscu gdzie łowiliśmy maluchy można było sobie odpuścić szukanie wymiaru i odwrotnie. Jak już zlokalizowaliśmy większe ryby to było pewne, że tam maluchów nie będzie. Po tej pierwszej rybie podjąłem decyzję, że zagęszczenie zbyt duże i pójdę sobie w świat czytaj w kierunku wlewów za pierwszą wyspą. Chłopaki zostali.





Można powiedzieć, że dzień wcześniej byłem spełniony wędkarsko. Jakby już nic się nie wydarzyło to i tak zaliczyłbym cały wyjazd do udanych… Ale… Jak dla Maja głowacica, dla Popka linienie to dla mnie ten wyjazd miał cel w postaci kropek na boku. Nie wiem co z Wojtkiem bo w jego przypadku bywa „wszystkojednowo”. To też metoda. Raz głowacica, raz nieudane polowanie pod pizzerią ;) .
Pstrągów do tej pory nie złowiłem w takiej ilości, żeby wylądować na kolanach. Może to też trochę wina tego, że na łowisku gdzie jest masa ryb obu gatunków selekcja brań poprzez przynętę powinna być priorytetem. Oddalając się od chłopaków zauważyłem kilka zbiórek na dość głębokiej ale baaaardzo wolnej płani. Niestety na jej początku każde podanie przynęty powodowało martwice wody. Sposób był tylko jeden. Rzut sporo do przodu i wypuszczanie sznura… Oj zaczęło się dziać. NOWY WYMIAR. Drugi z kropasów mimo, że dla większości będzie to marny wynik miał 5tkę z przodu a tym samym dał mi powód do uśmiechu i energię na resztę dnia. Następne dwie godziny to znów wędkarski sen. Przez prawie 200 metrów z każdego bystrza udawało się skusić po kilka pstrągów a zdecydowana większość to minimum 40 cm zdrowej, dzikiej, silnej ryby. Wszystko jak w nowozelandzkiej produkcji. W tle cudnej przyrody, o dziwo samotnie, dziko, słonecznie, znów na suchą!!!

W oddali zauważyłem znajomą sylwetkę. Popek wchodził ewidentnie w sam środek miejsca gdzie miałem fajne wyniki a dodatkowo pamiętałem kilka wyjść „słusznych” ryb, których nie udało mi się złowić. „Telefon do przyjaciela”, dwa słowa z info co i jak. Później okazało się, że pomogło po małej modyfikacji bo suchą Bart przytapiał i też wyjął kilka fajnych pstrągów.



Brania w pewnym momencie ustały całkowicie. Nic nie dała zmiana muchy, nic nie dała zmiana metody, taka pora dnia, taki moment, może nie ten wędkarz. Dotarłem aż za drugą wyspę i tam widząc w oddali „Druty” postanowiłem zamknąć wyjazd układając poszczególne odcinki OS w jedną całość. Nie starczyło czasu na "Bachlawę" więc jest cel na następny termin.
Przebicie się przez zarośnięty brzeg żeby dojść do drogi i nie wracać brodząc to było nie lada wyzwanie. Słońce w zenicie, temperatura słuszna, spiochy może oddychają ale chyba jak Kenijczyk na mecie maratonu. Udało się uff, ale wejść niestety w większy skwar dzikiej polnej drogi, na której końcu był na szczęście Majonez i zimne piwko oczywiście. Wystarczająca motywacja.
No działo się podczas mojego trekkingu. Cel wyjazdu, może nie do końca zadowalający ale osiągnięty. Bo co by nie mówić głowacica na muchę wymaga od łowcy „innego poziomu wtajemniczenia”. Niestety relacja byłaby jeszcze ciekawsza, gdyby piwolubca nie spiął pierwszej „królowej”, ostrożnie ocenianej przez Wojtka na metrówkę. Tak to jest, że niektórym nie dane jest pójście na skróty i Maju może powiedzieć „do 10 razy sztuka”. Chyba, żeby go odpowiednio zmotywować w trakcie holu następnej główki za zapiętą pojawiła się ONA… Zobaczyć strach w oczach 2 metrowego Piotra M. Bezcenne. Prawdopodobne 120 cm głowacicy może przestraszyć każdego. No ale może do zobaczenia następnym razem…











"Jama pod skała" to praktycznie finał naszego wyjazdu. Takie spokojne podsumowanie z kolejnym grillem, ostatnimi rzutami już na pół gwizdka, sporą dawką ciężkiego humoru i oczekiwaniem na kogoś kto odważy się powiedzieć dość. Oj ciężko jest dopuścić do siebie myśl, że to już koniec.
W paru słowach, dzięki Maju, jest za co, wiesz za co. Dzięki chłopaki. Byle do następnego…
Ps: Biało Czerwoni. Zmienia się wszystko na naszych oczach. Po latach dzikiego zachodu mam wrażenie, rośnie świadomość ludzi na każdej płaszczyźnie. Coraz więcej sygnałów dociera do nas, że być może da się uratować lata zaniedbań. Postęp ma tym samym także wymiar pozytywny. Pomyślcie : wracając trasą przez Podkarpacie, wyposażeni w pełni i sprzętowo, biwakowo, oglądać na Smartfonie wygraną Reprezentacji Polski na finałach mistrzostw Europy mając w pamięci, że jeszcze przed godziną brodziło się między masą ogromnych ryb… Taki NOWY WYMIAR to ja poproszę…