
Zadymiony, ciemny pokój. W rogu tli się światełko rzucając blask na biały arkusz papieru. Wysłużona maszyna jeszcze nie daje o sobie znać tak charakterystycznym dźwiękiem klawiszy. Fajka dawno zgasła ale jeszcze tkwi w ustach. Na twarzy Stefka Kinga jeszcze nie widać emocji. Widać za to odciśnięte piętno czasu… Wzrok wbity w kredowy papier a w głowie plątanina myśli. Od czego zacząć? Opowieść o grupie przyjaciół i pasji która ich łączy...
Doczekali się wreszcie. Teraz Wszystkim jest dla nich wspólny wyjazd. Zaplanowany, rozpisany co do minuty. Tak się im przynajmniej wydawało… Ustalili reguły. Bez presji i wygórowanych oczekiwań. Taka postawa daje nadzieje a jednocześnie zdejmuje z pleców wszechobecny wyścig po wynik. Miało być daleko od codzienności, korporacji, debetów, potomków a możliwie jak najbliżej tej niepowtarzalnej chwili gdy w ułamku sekundy pięciometrowy przypon prostuje się jak szereg kompanii honorowej Wojska Polskiego.
Stukot maszyny ustał, Stefan King znowu popadł w chwile zadumy:
„Cholera, zapomniałem ich przedstawić, to chyba ważne. O! Tak to zrobimy.”
Ocet, Korpopopo i Dźwigowy ładują się do czerwonego Żuka. Uknuli w trójkę zdradziecki plan obłowienia po drodze pobliskiej rzeki, gdzie ktoś słyszał, że ktoś inny widział ryby. Naiwnie młócili wodę. Efekt? Jedynie Korpopopo chlasnął jakąś dziwnie dużą ukleje.
Nadzieja umarła, czas ruszać na wschód zgarniając po drodze z miasta stołecznego Sosnowieś - Alarmowego i Turasa. Przewidzieć nieprzewidziane – Turas poczuł piniądz na sąsiednim kontynencie i dołączy z opóźnieniem.
Maszyna ucichła. „Opisywać przydługą drogę na San? Wymieniać te wszystkie dowcipy, docinki, głupie dialogi? A pieprzyć to. To mniej ważne”.
Podróż, kwatera, wyładunek mandżurów, kolacja, a po niej składanie długo szykowanego urodzinowego prezentu dla Turasa. Oj, zdziwi się chłopina jak jutro wkroczy na kwaterę. Korpo już się zdziwił, gdy został obdarowany imieninowym koszykiem, obowiązkową pozycją w wyposażeniu każdego szanującego się grzybiarza.

Poranna pobudka to tradycyjnie ciężki temat. Szybkie śniadanie, pakowanie wędkarskiego badziewia w mgnieniu oka a bardziej z jego przymrużeniem – najszybsze 90 minut od pierwszego alarmu w telefonie. To chyba oczywiste, że normalni ludzie potrafią to zrobić w mniej niż 20.
Szybki spacer w kierunku rzeki... Jest! Piękna, zamglona, tajemnicza. San odwiedzali już kilkukrotnie ale każdorazowo budzą się w nich te same emocje. Zachwyt...

Na razie w czwórkę dzielą miedzy siebie potencjalne miejscówki do obłowienia. Dźwigowy łowi razem z Octusiem – tym razem to jemu przypadła zaszczytna rola zapoznania debiutanta z metodą, w której sznur na pranie przecina raz za razem powietrze. Korpo szuka kolejnej szansy na pobicie swoich i tak już wyśrubowanych rekordów pachnących tymiankiem. Alarmowy... standardowo poszedł w siną dal szukać kolejnego kontaktu z miedzianą królową Sanu. Zanim dołączy do nich brakujące tureckie ogniwo na twarzach wielokrotnie zagości uśmiech. Na szczęście.
W tym miejscu można by się rozczulać nad każdą ze zdobyczy z osobna… Można by je oznaczyć miejscem czy czasem ale po co? Nie wystarczy, że wspomnienia są pełne szczegółów? Korpo może rekordu nie wyśrubował ale kilka dobrych ryb zaliczył. Octuś z Dźwigowym wcale nie wypadli gorzej. Alarmowy głowy nie złowił... Niby nic nowego ale autorska Lambada wykosiła kilka porządnych potokowców. Choć tyle jego. Turas dołączył ze sporym poślizgiem…


Stefek westchnął cicho. „Zbyt normalnie, zbyt przeciętnie. Tu trzeba czegoś konkretnego. Może by tak wysłać ich w inne miejsce?”

Sobotni poranek nie różnił się niczym od poprzedniego. Ta sama procedura, czas załadunku niezbędnego sprzętu też podobny. Ruszyli. Czerwony Żuk przecina zamglone powietrze kierując się w kierunku początku O.S. Wyładunek, śmiechy, docinki, dowcipy. Taki poranny rytuał przed kilkoma godzinami sznurowania rzeki sam na sam ze sobą.
Korpo z Turkiem uciekli na dół. Taki mieli plan – złowić ostatnie sierpniowe potokowce na dobrze znanym bystrzu miedzy wyspami. Potem iść w stronę słońca z nadziejami, których pełno w każdym dołku czy rynnie. W betonowej dżungli, chodnikiem te 5 km, które dzieli Zwierzyń od kwatery to godzinka drogi. Brodząc korytem rzeki odnosi się wrażenie, że czas odpływa z nurtem a nogom przybyło kilkadziesiąt kilogramów.
Mozolne dłubanie, dziesiątki zmienionych wzorów i powolne zejście w dół. Pojawienie się od czasu do czasu rybiego przedszkola na haku nie pomaga. Bezchmurne niebo oraz tropikalna temperatura też potrafi wykończyć. Szybka narada bojowa. Niska, klarowna woda w pełnym słońcu to loteria. Potrzeba głębokości a do tej najbliższej bani za drutami jeszcze kawał drogi. Tam pierwsze rzuty i znów ta drobnica. Gdzie te emocje? Jeśli nie na końcu przyponu to tuż pod nogami! Bliskie spotkanie Korpo z pięknym lipieniem to już coś a jeśli tuż za nim pojawia się głodna głowacica to już warte wspomnienia.
Przerwa dla Korpo i odpoczynek w cieniu to jak pobyt w 5- gwiazdkowym hotelu, tylko wersji natural-spa. Turas, mistrz muszkarskiego kombinatorstwa, człowiek łowiący na muchy inne niż wszyscy normalni przycina godnego przeciwnika. Kijek nówka sztuka, urodzinowy prezent, gnie się po sam korek a ryba jak lokomotywa idzie gdzie tylko ma ochotę. Wielki pstrąg albo fajna głowacica... tego nigdy się nie dowiemy. Ryba mając głęboko w poważaniu delikatny sprzęt postanawia odpłynąć wraz z muchą.... szkoda. Chwilę potem... Bum! Powtórka sytuacji! Ryba znów wygrywa. Na otarcie łez rzeka obdarza go 40takiem w czerwone kropki.
Kolejny przystanek na drodze traperskiego duetu: „Eldorado”, przepiękne lipienie wychodzą zwykle dość dziarsko do muchy... Zwykle... Pierwsza godzina łowienia nie przynosi nawet domniemania brania. Faktycznie, lipień coś żrą z powierzchni ale nie mają najmniejszej ochoty na muchy Traperów. W taki dzień jak ten sprawdza się to, co zawsze słyszy się w kuluarach o Sanie: chlapnięcie sznura, smużąca mucha, cień padający w złym miejscu dyskwalifikuje momentalnie nawet najrybniejszą miejscówkę.
- Korpo, wiesz jaka jest najłowniejsza mucha na Sanie?
- Jaka?
- Inna!
Traperzy doławiają po kilka ryb i znikają na kwaterę uzupełnić zapas mikro-suszu w pudełkach. Końcem sierpnia należy szanować każdą minutę.
Zmęczenie? Być może. Ale to nie czas na to uczucie. Za to czas najwyższy na wieczorne polowanie. Już na przeprawie udało się skusić pierwsze pstrągi. Czujące zbliżający się koniec dnia nie były w stanie się powstrzymać, podane nimfy były zbyt łakomym kąskiem. Pojawienie się tuż nad wodą pierwszych chruścików i jętek to ewidentny sygnał, że nadchodzi ten moment. Szybka decyzja o przejściu pod „Więzienie”. Miejsce bogate w okazy, być może dzięki budowie dna i obfitości kryjówek. Ile to już razy te warkocze traw pomogły lipieniom odzyskać wolność. Gęsta zielenina i ewidentnie wyuczony manewr wpływania pyskiem w glony. Przy takiej presji ryby muszą sobie jakoś radzić… Nad wodą unosiły się już chmary owadów wszelkiej maści. Ryby zbierały je jak szalone, woda wręcz się gotowała ale…… oczywiście nie miały najmniejszej ochoty na imitacje z końca przyponów. Zmiana much co kilka rzutów i szukanie tej jedynej. Czas upływał nieubłaganie, zmniejszała się też aktywność lecz nadal było widać po kilkanaście oczek w zasięgu rzutu. Spojrzenie Turasa na wodę wyjaśniło jedną z przyczyn porażki.. na każdy metr kwadratowy wody płynęło kilkadziesiąt spentów jętki o brązowo-bordowym tułowiu i szarych skrzydłach. Przy tej ilości pokarmu każdy detal ma znaczenie. Najmniejsze odstępstwo od normy oznacza brak brań… Mówi się trudno, i przyjmuje kolejną lekcje sanowej pokory. Tego wspomnienia nikt już nie będzie w stanie odebrać… O skali zjawiska może świadczyć żywy jętkowy dywan na dachu samochodu wilgotnego od wieczornej rosy. Dywan, który miejscami żywy przetrwał całą noc i 350 km trasy powrotnej…




Ekipa od stacjonarnego orania rzeki rozłożyła niezbędne elementy zestawu – grille, lodówki, parasole... dopiero po dłuższej chwili sznurowali dziarsko głęboką dziuple pod Skałą. W porannym słońcu to niecodzienność, kosmos - jak na dłoni widoczne dziesiątki kleni, leszczy, świnek, okoni, szczupaków, nie dalej jak dwa metry od nóg moczykijów. Brodzenie w naturalnym akwarium to taka sanowa nagroda za dziesiątki godzin łowienia bez najmniejszego nawet brania.

Dźwigowy próbując skusić którąś z okazałych „akwariowych” ryb poznał większość przynęt w swoim pudle. Bezskutecznie. Rybki całkowicie ignorowały zawartość pudełek z muchami. Co jakiś czas pod drugim brzegiem przelewało się z hukiem wielkie cielsko głowacicy. Gdyby nie te spławy nie wystali by tyle godzin w bezruchu, w upale, bez brania.
Co ta ryba ma w sobie? Zmienia zwykłego wędkarza w głupca, szukającego swojej szansy na branie kolosa. Branie nigdy nie przychodzi szybko. Trzeba swoje wycierpieć ale gdy już następuje zapomina się o ścierpniętych nogach, pustym żołądku, załzawionych od słońca oczach. Każda taka chwila zapada głęboko w pamięć, latami wraca się do tego momentu, do tej konkretnej sekundy kiedy to przydługi przypon, jeszcze nie do końca podtopiony lekką muchą prostuje się i ciągnie za sobą linkę... Bezcenny moment dla każdego zarażonego miedzianą chorobą...
Stefek King zaklął szpetnie. „Motyla noga! Nie tak chciałem to napisać. Teraz to postać drugiego wędkarskiego „Nad Niemnem”. Nikt tego nie przeczyta! Akcja! Potrzebna jest akcja i emocje!”
Wielkie ryby pokazywały się zdradzając swoje miejscówki jednak rotacja much na zestawach w dalszym ciągu nie przynosi rezultatów. Aż do momentu gdy Ocet wypatrzył w pudle starą, zapomnianą, w dodatku kradzioną brązke. Drugi może trzeci rzut i BUM! Coś się zwiesiło i idzie tępo przy dnie. W myślach niedowierzanie, pewnie jakiś przyłów... Gdy nagle kij gnie się po rękojeść a kołowrotek zaczyna wyć oddając linkę. Tak, to ona! Głowacica! Nie ma wątpliwości! Ryba z głębin wybrała niemal całą linkę i przykleiła się do dna. Octuś kontroluje napięcie sznura i czeka na reakcje. Ryba pokazała się dopiero po 10 minutach. Jeszcze jeden odjazd, jeszcze walka... Uff. Alarmowy w końcu zgarnął miedzianą szybkim ruchem wielkiego podbieraka... Eksplozja radości! Okrzyki, uściski, mordy uśmiechnięte. Szybki, mało dokładny pomiar pokazał 85 kresek. Życiówka! Jeszcze tylko kilka szybkich pamiątkowych fotek i wciąż silna ryba wyrwała się z rąk łowcy. Pełen sukces!
Trzeba schłodzić emocje, obniżyć poziom adrenaliny, ochłonąć. Kilkanaście minut na brzegu.




Wchodząc ponownie do rzeki Ocet rzucił tekstem do Alarmowego:
- CO DWIE GŁOWY TO NIE JEDNA...
Prorocze? Stało się faktem po może trzech minutach. W drugim rzucie Alarmowy zaciął delikatne branie. Jeeeest! Rybsko przewaliło się po powierzchni i pędzi w jego stronę. Chwila strachu, luz na lince... Alarmowy walczy ze zwijaniem nadmiaru sznura. Sytuację na szczęście udało się opanować. Dźwigowy ocenił rybkę na 110+. A ona jakby świadoma swojej siły nie zatrzymała się nawet na chwilę. Przyciągnięta z niemałym trudem w pobliże Octusia zaczajonego z podbierakiem odjechała jeszcze kilka razy na granicy wytrzymałości żyłeczki 0,22mm. Spacer z głowatką na smyczy też może być przyjemny... Po 8 minutach rybka kapituluje w podbieraku obsługiwanym przez Pana Octusia. Dopiero wtedy widać jaka jest duża! 112cm pięknej, zdrowej, silnej ryby!




Po krótkiej reanimacji miedziana odpływa. Emocje po raz kolejny opadają. Ocet i Alarmnowy już nie łowią, mają dość wrażeń jak na jeden dzień. Czy może być lepiej? Dźwigowy został z nadzieją na podium, brakuje trzeciej do kompletu. Czwarty wypad z muchówką w łapie a radzi sobie nad wyraz dobrze. Ponad dwudziestometrowe rzuty z długim przyponem nie przynoszą niestety już rezultatu.
Wspólna kolacja, gratulacje, wspomnienia jeszcze ciepłe... Ostatni wieczór w tak licznym gronie - Turas musi wracać do pracy, reszta bandy mozolnie bez pośpiechu pakuje swoje skarby. O 6 rano powinni opuścić kwaterę.
Nie ma czasu na sen, na odpoczynek, San wzywa. Tym razem plan zakładał brzanowanie w niższych partiach rzeki.
To nic, że szału nie było choć ryby pojawiały się na końcach zestawów. To nic, że już za kilka godzin jeden będzie wkładał na grzbiet świeżo wyprasowaną koszulę i krawat, inny odpali silnik wielkiego dźwigu, jeszcze inny zacznie dzień od wymiany łożysk w niesprawnej bieżni. To nic. Dumni, szczęśliwi, zaspokojeni wracają niespiesznie w kierunku swoich domów...
Stefek King pochylił się nad kartą papieru z jeszcze mokrym tuszem. - „Czy to ma sens? Ktoś to przeczyta? Chłam…” Uśmiechnął się skąpo, wydarł papier maszynie, zmiął w kulkę i rzucił na sporą kupkę podobnych zawiniątek czekającą na swoją kolej w kominku.
Zbieżność imion przypadkowa. Jakiekolwiek podobieństwo do osób trzecich całkowicie zamierzone albo i nie.…
Portal Złów i Wypuść PL nie wyraża zgody na kopiowanie treści strony.