A A A

Para leci z ust, a przenikliwe zimno zdaje się sięgać do samego kręgosłupa. Czuję, że zmarznę, pomimo obfitej warstwy ochronnej i kilku warstw ciepłej odzieży. Ponton nie chce się rozłożyć, zesztywniał z zimna, a miękka latem guma, teraz przypomina raczej kamień. Pakuję szpej na ponton, przeklinając każdy kurs na trasie samochód-woda. Dookoła zalegają placki śniegu, a trawa chrupie pod nogami. Powierzchnia jeziora wygląda jakby była odlana z cyny bądź ołowiu.
Woda jest wręcz gęsta i sprawia wrażenie lepkiej, ale nie mam zamiaru sprawdzać. Ponton powoli sunie w kierunku miejscówki, a echosonda pokazuje pustą toń. Jestem na miejscówce, dookoła żywej duszy... Opuszczam kotwicę, której linka jest zimna, lecz sucha. Z żalem spoglądam jak znika w martwej toni. Wiem, że wyciąganie i następne opuszczenie kotwicy nie będzie już takie przyjemne. Z trudem przeciągam plecionkę przez przelotki, z jeszcze większym trudem zawiązuję fluorocarbon, a przede mną jeszcze jeden węzeł... Pomimo niemałej głębokości łowię lekko, leniwie. Zamiast koncentrować się na wychwyceniu brania, kontempluję czy linka będzie zamarzać czy nie. W razie czego, w zapasie mam żyłkę 0,25mm, mam nadzieję, że nie będzie potrzebna. A jednak, jest minus, ale zamiast zmiany szpuli, zarządzam przerwę.
Trzymając kubek gorącej kawy, zastanawiam się czy mam ją pić, czy może wylać na siebie... Na szczęście, po krótkiej chwili wychodzi słońce, a już myślałem, że zrobiło sobie wolne. Ustawiam się do niego przodem, tak aby złapać jak najwięcej ciepła. Jest trochę lepiej, można łowić. Nie ma co, ryba sama się nie złowi, rzucamy dalej. Guma opada, opada, opada i opada. Opadła. Zamiast klasycznego poderwania przynęty, lekko unoszę ją nad dno i bardzo powoli prowadzę, po czym pozwalam na kontrolowany opad. Podnoszę ją ponownie, prowadzę i czuję lekkie przytrzymanie, które po zacięciu przeradza się w pulsujący ciężar. Holuję powoli, tak aby zrobić rybie dekompresję. Po krótkiej chwili, mym oczom ukazuje się sandacz, nie jest duży, może 40-45cm, chwycił za dozbrojkę, gdyby nie ona, pewnie skończyłoby się na obciętym ogonku. Leży w zanurzonym podbieraku i łypie na mnie paskudnie. Obchodzę się z nim jak z jeżem, bez wyciągania z wody i niepotrzebnego moczenia rąk – tak będzie najlepiej dla mnie i dla niego. Po chwili wraca do siebie, nurkując niemal pionowo. Mija chwila, może dwie...
Kątem oka spostrzegam, że oczka podbieraka zamarzły. Czas wracać... Żmudne pakowanie, porządkowanie sprzętu... Jeszcze tylko chwila i czeka mnie gorący prysznic, a po nim rosół, ciepłe kapcie....

Ktoś niezwiązany z wędkarstwem mógłby powiedzieć, że to koszmar senny bądź bolesne wspomnienie. Ja to nazywam wypoczynkiem. Gdy spadnie pierwszy śnieg, a temperatury za dnia spadną poniżej magicznego zera, z niepewnością wertuję prognozy pogody i wypatruję okazji, by dzień wolny od pracy zgrał się z dodatnią temperaturą. Wszystko tylko po to, aby móc wyskoczyć na pobliską zaporówkę, po godzinie podróży, godzinie pakowania móc przez godzinę lub dwie próbować kusić sandacza, a następnie znowu się pakować i wracać do domu. Czy warto? Owszem! I tak do pierwszego lodu.

Faza przygotowań.

Do zimowej wyprawy na zbiornik zaporowy szykuję się nieco inaczej niż do wędkowania jesienią. Staram się zminimalizować ilość sprzętu, a najwięcej miejsca zajmują jednak ciuchy i termosy. Całkiem możliwe, że będziemy wędkować w bezwietrzny i słoneczny dzień, a wtedy wystarczy nam bluza, polar i kurtka. Ale co, jeśli przyjdzie nam łowić podczas wiatru, gdy temperatura odczuwalna znacznie spadnie poniżej zera? Lepiej nosić, niż się prosić, a wędkarz zmarznięty nie ma motywacji do łowienia. Zachowanie komfortu termicznego to bardzo ważna rzecz, nie zapomnijmy o ciepłej czapce, butach, kilku parach skarpet i kalesonach. A to wszystko pomnóżmy razy dwa, na wypadek gdyby pierwszy komplet uległ przemoczeniu. Nic tak nie dodaje animuszu jak gorąca kawa i kostka czekolady - dlatego dwa termosy z kawą i herbatą, baton czekoladowy i owoc są stałym wyposażeniem mojego pontonu.
Największy minimalizm panuje w kwestii sprzętowej – ograniczam ilość wędek oraz przynęt do minimum. Najczęściej zabieram jedną wędkę o średniej mocy i niewielkim ciężarze wyrzutowym – realnie do 15, może 18 gram. W roli zapasu służy kij nieco mocniejszy, do 21 maksymlanie 25g wyrzutu. Kołowrotek powinien być dobrze nasmarowany, od jakiegoś czasu, raz na jakiś czas, przed takimi zimowymi wyprawami, pozwalam sobie kapnąć kilka kropel oliwy na mechanizm. Na pierwszej szpuli obowiązkowo plecionka, ale nie taka jak jesienią czy latem. Grubości 0,15 czy 0,20mm odpadają. Chcemy łowić głęboko, ale lekko, a na dodatek w wodzie o zwiększonej gęstości. Dlatego polecam plecionkę nie grubszą niż 0,10mm, pozwoli na zachowanie dobrego kontaktu z przynętą, zminimalizuje zjawisko powstawania balonu zarówno pod jak i nad powierzchnią wody, a moc takiej plecionki spokojnie wystarczy nawet na sporych rozmiarów sandacza. Druga szpula powinna być zaopatrzona w dobrej klasy żyłkę o możliwie jak najniższej rozciągliwości. Stosuję Strofta LS w rozmiarze 0,25mm. W przypadku mrozu, zamiast przymusowej pauzy, będziemy mogli zmienić zamarzniętą plecionkę na niechłonącą wody żyłkę i wędkować dalej.

Operuję przynętami lekkimi, niezbyt dużymi, najczęściej są to 3-4calowe rippery. Lunker City Shaker, Savage Gear Fat T-Tail Minnow Bulk, Westin Hollow Teez, Keitech Easy Shiner. Do tego kilka jaskółek, które z uwagi na charakterystyczną akcję robią o tej porze furorę. Berkley PowerBait Minnow, Lunker City Fin-S Fish, Fox Rage Fork Tail. To tylko niektóre z nich. Uzupełnieniem zestawu jest kilka glizdopodobnych konstrukcji, takich jak Keitech Swing Impact czy Lunker City Ribster. Zabieram ze sobą tylko lekkie i nieduże główki jigowe, maksymalnym stosowanym rozmiarem haka jest 4/0, a gramatura nie przekracza 12g. To pozwala na optymalne zbrojenie wszystkich w/w gum, które polecam zbroić krótko – dzięki czemu mają ciekawszą pracę, a w przypadku niezaciętych brań z powodzeniem możemy zastosować dozbrojkę, która nie zepsuje pracy gumy, a zwiększy efektywność naszych zacięć. Guma typu Shaker czy Lunatic, uzbrojona "pod sam ogon", będzie mieć dużą skuteczną zacięć, ale przyniesie nam małą ilość brań. Sami zobaczcie, jak wygląda ugięcie takiej gumki w przypadku uzbrojenia hakiem 3/0 i 6/0.
Bardzo fajnym rozwiązaniem jest przypon fluorocarbonowy, jednak zimą musi być cieńszy niż latem czy jesienią. Stosujemy cienką linkę, która łatwo tnie wodę – dlatego też i przypon powinien nie stwarzać zbyt dużego oporu podczas opadu przynęty. Nie jestem fanem gotowych przyponów z tego materiału, a toporne krętliki i przeogromne agrafki odstraszają mnie bardziej niż sandacza, dlatego używam fluorokarbonu Dragona bądź Berkleya, który dostępny jest na szpulach 20, 25, 50 czy 100m. Podczas, gdy latem używam średnic do 0,40 włącznie, zimą ograniczam się do 0,28 i 0,30mm.
Chociaż nie jestem zwolennikiem agrafek, to warunki zimowe poniekąd wymuszają na mnie ich użycie. Kiedy nie czujemy palców, a każda chwila, kiedy możemy zagrzać ręce w polarowej kieszeni jest euforią – ciężko o przewiązywanie każdej przynęty. Wybór agrafki nie jest taki oczywisty – musi być jednocześnie mocna, a w miarę subtelna. W sklepie często widuję klientów z takim kryterium zakupu czy to żyłki czy przyponów – cienkie, a mocne! Niestety, nie ma czegoś takiego, dlatego jesteśmy zmuszeni iść na kompromis. Spinwal nr 14 i 16 zrobi robotę.

Ciekawym trikiem jest używanie wszelkiej maści atraktorów spinnigowych w przeróżnych formach. Producenci i dystrybutorzy takowych prześcigają się w wymyślaniu coraz to lepszych patentów. Czy są skuteczne? To temat na niemałą książkę, ale jedno stwierdzę z pewnością – nie szkodzą. Dodatkowo, są relatywnie tanie i łatwe w użyciu, więc czemu nie spróbować, aby zmaksymalizować szansy na złowienie ryby życia? Aromaty do przynęt spinningowych występują w różnych odmianach – ochotkowe, sandaczowe, szczupakowe, okoniowe, dorszowe, wątróbkowe, serowo-cebulowe, czosnkowe.... Szczerze mówiąc, nie sądzę, aby sandacz wąchając przynętę był w stanie wychwycić brak "10% ekstraktu z kalmara".... Głównym zadaniem tego paskudztwa jest zamaskowanie "zapachu" gumy. Dużo lepiej czujemy się wiedząc, że sandacz chwytając za ogonek naszego rippera poczuje "rybny smród", do którego zdążył przywyknąć, a nie zapach smaru silikonowego... Używam atraktorów ShockBite od Dragona, mają konsystencję żelu, są łatwe w aplikacji i nieźle trzymają się przynęt. Gumę smarujemy od a do z, nie zapominając o wypełnieniu wszystkich szczelin w ich konstrukcji. Bardzo często aplikuję atraktor na talerzyki główki jigowej przed nabiciem gumy, taki patent jest w miarę trwały i minimalizuje ryzyko upaćkania rąk i użerania się z tym smrodem przez resztę dnia.

Faza działań

Zimowego sandacza szukam na wodzie stosunkowo głębokiej, ale z jednym zastrzeżeniem - wyszukuję stad drobnicy, która grupuje się do zimowania. Kiedy na echu widzę "zupę rybną", a pod nią sporej wielkości łuki, zataczam kilka ósemek, sprawdzam rozległość miejscówki, szukam ciekawych struktur – każdy dołek czy patyk może być wart uwagi – dopiero wtedy rzucam kotwicę.
Następną dobrą miejscówką są pozostałości dawnego koryta rzeki i wszelkiej maści rowy, dołki. Szczególną uwagę zwróćmy na wszelkiej maści stoki, u podstaw których można znaleźć sandacze. Łowiąc na takich spadach, najpierw ustawiam się na głębokiej wodzie, a pierwsze rzuty wykonuję prostopadle do krawędzi stoku. Nie ma się co spodziewać brania ze szczytu - to nie czerwiec - ale czasami warto obłowić taką miejscówkę pod każdym kątem. Drugie podejście to próba ustawienia się na samym kancie, "u podnóża góry". Wtedy mogę łowić na głębokiej wodzie równolegle do stoku i penetrować najbardziej obiecującą miejscówkę.
Gramaturę główki dobieram do głębokości, stylu łowienia oraz przynęty. Niektóre gumki przestaną pracować w opadzie, jeżeli obciążymy ją zbyt małą ilością ołowiu, a niektóre – gdy przeciążone – będą pracować bardzo agresywnie. Główka powinna ważyć na tyle dużo, aby w jakimś sensownym czasie dotarła do dna, ale jednocześnie nie wymuszała na nas bardzo szybkiego łowienia. Co prawda zdarza mi się używać koguta 18g, ale łowiąc gumą rzadko kiedy przekraczam 12, na upartego 15g.
Zazwyczaj zaczynam od klasyków Mann's w 3 calowym wariancie. Przynętę prowadzę leniwym opadem, pozwalając jej czasami poleżeć na dnie. Do tego świetnie sprawdzają się główki typu stand-up bądź football, pozwalają na dłuższe utrzymanie ogona przynęty nad dnem, a zdarza się tak, że zed pobiera przynętę bezpośrednio z dna.
Następnym typem gumy są konstrukcje jednolite (Lunker City Shaker, Relax Kingshad, Keitech Easy Shiner), które oprócz opadu, prowadzę wolno szurając po dnie lub kilka centymetrów ponad nim. Pozwala to na zachowanie dobrego kontaktu z wabikiem, dzięki czemu łatwiej o wychwycenie brania. Tego typu gumy zbroję krótko, uzyskując lepszą pracę.
Kolejną pozycją w asortymencie przynęt są jaskółki, diabelnie skuteczne w okresach słabego żerowania, gdy ciśnienie jest niskie. Przynęta ta posiada zgoła odmienną akcję od dwóch omówionych wcześniej typów. Można rzec, że jaskółka pracy nie posiada, a jak już to bardzo delikatną, zazwyczaj w płaszczyźnie pionowej. Dlatego prowadzę ją "piłą" czyli klasycznym, lekkim opadem, wzbogaconym o delikatne ruchy szczytówki, które dają efekt w postaci bujania delikatnego ogonka. Gdy przynęta znajduję się blisko łodzi – nie rezygnujmy, jaskóła szczególnie nadaje się do łowienia "spod szczytówki", jest stosowana zarówno w verticalu jak i drop shocie, właśnie ze względu na charakter pracy! Krótkie zbrojenie jaskółki to rzecz powszechna i chyba nie muszę nikomu tłumaczyć, że duży hak wcale nie jest lepszy, a wręcz przeciwnie.
Gdy już nadejdzie upragniony moment brania, a po zacięciu poczujemy żywy ciężar, pamiętajmy o kilku rzeczach. Chcąc wypuścić rybę w dobrej kondycji powinniśmy ją holować na tyle krótko, aby jej nie zamęczyć na śmierć. Jednak sandacz wyciągnięty "na chama" z głębokiej wody wcale nie ma dużych szans na przeżycie. Ciśnienie robi swoje. Niejednokrotnie oglądałem zdjęcia "łowców" prezentujących zdobycze z bardzo zdziwionymi oczami i bebechami na zewnątrz. Sandacz to ryba, która posiada pęcherz pławny i jak wszystkie ryby z gatunku perca, jest wrażliwy na zmiany ciśnienia.
Dlatego apeluję, jeżeli łowisko na to pozwala, nie targajmy ryb na siłę do powierzchni, przytrzymajmy je kilka sekund na danym pułapie i pompujmy małymi kroczkami. Podobnie sprawa wygląda z obchodzeniem się z rybą na pokładzie. Pamiętajmy, że sandacz właśnie opuścił swoją cieplutką, kilkustopniową wodę i doznał szoku. Było 5, jest -5. Dlatego jeżeli musimy przeprowadzić sesję fotograficzną i ceremonię mierzenia – zróbmy to jak najszybciej, a ryby mniejsze wypuszczajmy bez wyciągania ich z wody. Pamiętajmy, że ideą zasady ZŁÓW I WYPUŚĆ, jest racjonalne gospodarowanie zasobami ryb, a nie ceremonialne wyrzucanie martwych ryb do wody! Zwracamy im wolność, aby przeżyły, przystąpiły do tarła i dały się złowić za jakiś czas.

Z wędkarskim pozdrowieniem, Marcin "pisak" Pisarski.